Jesteśmy mądrzy – przynajmniej tak nam się wydaje. W Hagerty Media stawiamy na sukces i staramy się unikać problemów, gdzie tylko się da. Czasem jednak coś idzie nie tak. Zwłaszcza gdy chodzi o samochody. Wtedy zdarzają się dziwne, frustrujące i – co tu ukrywać – nieco żenujące awarie. Na szczęście nigdy nie były niebezpieczne, a teraz, gdy te błędy zostały już za nami, możemy się z nich śmiać i opowiadać o nich publicznie.
Przeczytajcie te historie i podzielcie się w komentarzach swoimi najbardziej zapamiętanymi momentami mechanicznymi.
Mądrości młodości a awaria Camaro
„Młodzieńcze decyzje bywają kosztowne.” – Eddy Eckart
Dwadzieścia kilka lat temu przeprowadzałem się z Charlotte w Karolinie Północnej z powrotem do północno-wschodniego Ohio. Gdzieś na międzystanie I-77 w Wirginii Zachodniej zauważyłem, że tył mojego Chevroleta Camaro SS z 2000 roku zaczął się chwiać. Zjechałem na pobocze, spojrzałem pod samochód i okazało się, że drążek Panharda poluzował się. Niedawno samochód był serwisowany – choć nie pamiętam dokładnie, z jakiego powodu – ale wiązało się to z koniecznością opuszczenia tylnego zawieszenia. Najwyraźniej mechanik zapomniał dokładnie wszystkiego złożyć z powrotem.
Na domiar złego mój sprzęgło już wcześniej dawało oznaki zużycia. Wtedy miałem 22 lata, niewiele pojęcia o mechanice (dziś jestem znacznie mądrzejszy, między innymi dzięki takim właśnie błędom) i uznałem, że perfekcyjnym sposobem na odreagowanie frustracji – skierowanej w stronę technika, który był już kilkaset kilometrów za mną – będzie mocne dwukrotne wrzucenie biegu podczas powrotu na jezdnię. Efekt? Sprzęgło padło, a ja musiałem zostawić samochód cztery godziny jazdy od domu, aby go naprawić. Jedna z najgłupszych rzeczy, jakie zrobiłem z samochodem w życiu.
– Eddy Eckart
Paliwo, zegar i nieplanowana przygoda
„Ignorowanie wskaźników bywa kosztowne.” – Ronan Glon
Na początku 2019 roku przeprowadziłem się dwie godziny na północ. Sprzedałem część samochodów, kilka zabrałem ze sobą, a kilka pozostawiłem w starej lokalizacji. Jednym z samochodów, który został na miejscu, był mój Volkswagen Garbus z 1972 roku, który stał w garażu. Latem tego samego roku udało mi się zorganizować transport, aby wreszcie spełnić marzenie o przejechaniu nim do nowego domu.
W tamtym czasie nie prowadziłem Garbusa od ponad roku, więc zapomniałem o wielu jego dziwactwach – w tym o tych, które mogły uniemożliwić mu samodzielną jazdę. Do tego musiałem wyjechać o piątej rano, aby zdążyć na ważne wydarzenie. To, co wydarzyło się później, było całkowicie do uniknięcia i w 100% moją winą.
Samochód był zakurzony, ciśnienie w oponach w porządku, poziom oleju odpowiedni, a wskaźnik paliwa pokazywał prawie pełny bak. Akumulator był słaby, co przypisywałem usterce instalacji elektrycznej. Wsiadłem, uruchomiłem silnik i pojechałem. Po kilku kilometrach zorientowałem się, że paliwo się skończyło. Dokładnie w momencie, gdy byłem już spóźniony na spotkanie. Na szczęście miałem kanister z paliwem w bagażniku – ale to była dopiero połowa problemu. Okazało się, że zapomniałem o jednym: w Garbusie z 1972 roku wskaźnik paliwa jest… bezużyteczny. W rzeczywistości bak był prawie pusty. Musiałem zatankować, aby móc dojechać do najbliższej stacji benzynowej, a następnie znaleźć się w odpowiednim miejscu na czas. Kolejna lekcja, której nigdy nie zapomnę.
– Ronan Glon