Od czasu, gdy władze futbolu akademickiego w Stanach Zjednoczonych skutecznie osłabiły pozycję NCAA, wprowadzając system oparty na oszustwach i nieuczciwych praktykach, organizacja z Indianapolis znalazła się w niekomfortowej sytuacji. Choć wciąż generuje ogromne dochody, utraciła realną kontrolę nad sportowym ekosystemem. Głównym źródłem finansów pozostaje koszykówka akademicka, jednak struktura, która kiedyś ją napędzała, powoli się rozpada.

W tej sytuacji decydenci NCAA postanowili „ulepszyć” swój główny produkt – turnieje mężczyzn i kobiet. Obecnie planuje się ich rozszerzenie do 76 drużyn, co – choć jeszcze nie oficjalnie zatwierdzone – wydaje się niemal pewne. To zmiana, której nikt nie oczekiwał, a osiem nowych drużyn z kwalifikacji „at-large” będzie słabszych niż te, które obecnie awansują do turnieju. Mimo braku entuzjazmu wśród kibiców i ekspertów, decyzja ta i tak zostanie wprowadzona w życie, niczym niechciany prezent pojawiający się w domowym budżecie.

Logistyka tak rozbudowanego turnieju jest prosta: zamiast czterech meczów kwalifikacyjnych, odbędzie się ich osiem – cztery w Dayton i cztery w Utah. NCAA twierdzi, że nie są to „prawdziwe” mecze turnieju, gdyż wciąż hołduje świętości 64-drużynowej drabinki, która przez 40 lat była fundamentem ich sukcesu. Jednak dla kibiców, którzy nie będą uwzględniać tych spotkań w swoich zakładach biurowych, będą one równie mało istotne, jak obecne mecze kwalifikacyjne. Jedynym porównaniem mogłoby być coroczne ogłaszanie harmonogramu NFL – wydarzenie równie pozbawione emocji i znaczenia.

Kto naprawdę na tym zyska?

Głównymi beneficjentami tej decyzji będą przede wszystkim media i sponsorzy, którzy zyskają więcej czasu antenowego i możliwości reklamowe. Dla drużyn z niższych lig oraz mniejszych konferencji to szansa na większą ekspozycję, jednak dla tradycyjnych faworytów i kibiców może to oznaczać rozmycie jakości turnieju. NCAA, tracąc autorytet, próbuje ratować swoją pozycję poprzez ilość, a nie jakość.

Czy to dobry kierunek?

Eksperci i kibice są podzieleni. Zwolennicy argumentują, że więcej drużyn to większa szansa na niespodzianki i demokratyzację turnieju. Przeciwnicy wskazują na ryzyko obniżenia poziomu rywalizacji i jeszcze większego komercjalizacji sportu akademickiego. Jedno jest pewne: NCAA, zamiast skupić się na reformach strukturalnych, stawia na ekspansję, nawet jeśli nie przyniesie to oczekiwanych rezultatów.

Źródło: Defector