Podczas niedawnej podróży do Japonii, którą odbyłem z żoną i dwójką nastoletnich dzieci, planowanie każdego dnia opierałośmy na prostej zasadzie: nie wszystko miało być dla wszystkich. Jeśli któregoś ranka zmuszałem rodzinę do zwiedzania sklepów, nie mogłem później narzekać, gdy musiałem uczestniczyć w aktywności, która mnie nie interesowała. Przez dwa tygodnie wakacji najmniej entuzjastycznie nastawiałem się do wizyt w trzech parkach rozrywki: Tokyo Disney Sea, Tokyo Disneyland oraz Universal Studios Osaka.

Nie jestem fanem Disneya, a to, co powstrzymuje mnie przed czerpaniem przyjemności z gier grozy, działa również na niechęć do mocnych wrażeń, takich jak kolejki górskie. Dlatego nie spodziewałem się, że spędzę miło czas w parkach Disney’a – z wyjątkiem Star Tours. Co do Nintendo, jestem fanem tej marki, ale słyszałem tyle o ogromnych kolejkach w Super Nintendo World, że spodziewałem się tłumu, godzinnego stania w kolejkach i rezygnacji z wejścia.

Okazało się jednak, że dzień, w którym wybraliśmy się do Universal Studios Osaka, był jednym z najmniej zatłoczonych w całym roku. Pomimo informacji o konieczności zakupu specjalnych biletów czasowych na Super Nintendo World, po dotarciu na miejsce okazało się, że park był niemal pusty (choć nadal było tam kilka tysięcy osób). Wówczas zarząd podjął decyzję: bilety czasowe zostały anulowane, a cały obszar Super Nintendo World udostępniono bez ograniczeń.

Nie potrzebujecie recenzji tego miejsca. Super Nintendo World istnieje od pięciu lat, a w internecie można znaleźć niezliczone przewodniki wideo, które pokażą Wam każdy zakątek. Gdybym miał jednak podzielić się jednym spostrzeżeniem, to tym, że ja – 46-letni dziennikarz branży gier, człowiek, który uważał, że dawno minął okres zachwytu jakimiś atrakcjami – po wejściu do tego miejsca poczułem coś, co najbardziej przypominało falę ciepłego, bajkowego światła.

Gdy dotarłem do specjalnego wejścia do Super Nintendo World – nowej części parku, położonej na wzgórzu, do którego trzeba było podejść – nic nie mogło mnie przygotować na to, co zobaczyłem. Oglądałem wcześniej zdjęcia i filmy, ale żadne z nich nie oddawały skali i realizmu tego miejsca. Po wyjściu z długiego tunelu, który przypominał rurę warp z gier Mario, stanąłem twarzą w twarz z olbrzymimi, realistycznymi zamkami Księżniczki Peach i Bowsera. Do tego drzewa, Goomby, bloki pytajniki i... cóż, całość jest tak ogromna i dopracowana w każdym szczególe, że przez chwilę (zanim zauważyłem toalety i sklepy z pamiątkami) miałem wrażenie, że zostałem przeniesiony do innego świata – świata, w którym nawet trawa wygląda jak z gry wideo.

Źródło: Aftermath