Edmonton Oilers od ponad dziesięciu lat korzystają z fenomenu Connora McDavida, a jego status gwiazdy ligi NHL zdaje się niezmienny. Przez lata jego pseudonimy – od McJesus po McWhovid – stały się tematem żartów, zwłaszcza gdy nie udawało mu się zdobyć Pucharu Stanleya w rywalizacji z mniej znanymi rywalami. Jednak w tym sezonie McDavid udowodnił, że jego talent wykracza poza przydomki. Z dorobkiem 138 punktów (48 bramek i 90 asyst) nie tylko prowadził w lidze, ale także zdobył co najmniej jeden punkt w 66 z 80 rozegranych meczów. Co więcej, Oilers przegrali wszystkie 14 spotkań, w których nie zanotował on punktów. To właśnie definicja najbardziej wartościowego gracza – bez niego drużyna traciła skuteczność.

W pierwszym meczu pierwszej rundy play-off przeciwko Anaheim Ducks McDavid ponownie nie pojawił się na tablicy wyników. Mimo to Oilers nie ulegli wbrew oczekiwaniom. Drużyna objęła prowadzenie 2:0, które Ducks odrobili w ciągu zaledwie 14 minut drugiej tercji. Dla kibiców i obserwatorów, którzy zebrali się przed areną, aby śledzić mecz na wielkich ekranach, to była kolejna frustrująca porażka w fazie pucharowej. Po dwóch finałowych przegranych z Florida Panthers play-off stały się dla nich bardziej źródłem stresu niż satysfakcji. Brak wkładu McDavida w punktację mógłby zniwelować powrót do gry Leona Draisaitla, który wracał po kontuzji.

Ostatecznie McDavid nie zanotował punktów także w trzeciej tercji, ale to Draisaitl zdobył decydującą bramkę. Najważniejsze jednak, że Oilers odrobili straty i wygrali 4:3, co było wynikiem zupełnie nieoczekiwanym. Było to pierwsze zwycięstwo drużyny bez punktu McDavida od maja ubiegłego roku, kiedy to w półfinałach konferencji pokonali Vegas Golden Knights 1:0.

To, co wydarzyło się wczoraj, pokazuje, że Oilers potrafią wygrać nawet bez swojego lidera. Czy to dowód na rosnącą siłę zespołu, czy jedynie chwilowe odbicie? Jedno jest pewne – McDavid pozostaje kluczowym graczem, ale drużyna zaczyna nabierać charakteru także dzięki wsparciu innych zawodników.

Źródło: Defector