Koszulki wrestlingowe: między minimalizmem a memowym chaosem
Jako fan widowiskowej mieszanki teatru, anime i LARP-u, jaką jest wrestling, przyzwyczaiłem się do cyklicznych zmian sympatii między federacjami All Elite Wrestling (AEW) i World Wrestling Entertainment (WWE). Gdy jedna popełnia kardynalny błąd, druga zyskuje na tle porównania. Jednak istnieje jeden aspekt, który łączy obie organizacje – fatalne projekty koszulek.
Trzy kategorie koszulek, które nikt nie chce nosić
Przeglądając sklepy AEW i WWE, można wyróżnić trzy typy koszulek:
- „Klasyki” z logo psującym klimat – wzory, które mogłyby być udane, gdyby nie dominujące logo federacji.
- Przesadnie szczegółowe projekty – koszulki nawiązujące do konkretnego wydarzenia, które w modzie przypominają raczej pamiątki z albumu scrapbookowego.
- „Moja pasja to design” – wzory łączące logo z pretensjonalnym hasłem, które rażą nie tylko estetyką, ale i ceną.
Za większość z nich nie zapłaciłbym nawet połowy ceny, a już na pewno nie nosiłbym ich na co dzień. Gdy tylko w sklepach pojawia się nowa kolekcja, fani natychmiast wymieniają się memami – nie dlatego, że koszulki są świetne, ale dlatego, że kolejny raz udaje się stworzyć coś jeszcze gorszego niż poprzednio.
Minimalizm i memy – dwie strony tego samego problemu
Nawet w najlepszych momentach projekty koszulek wrestlingowych albo podążają za minimalistycznym trendem, który odbiera im duszę (podobnie jak w przypadku koszulek NBA), albo przesadnie korzystają z estetyki internetowych memów, przez co stają się przestarzałe już w momencie wydruku. Mowa o wzorach, które mogłyby konkurować z krępującymi koszulkami z serii Dragon Ball Z.
Gdy jednak projekt zyskuje popularność – jak logo Bullet Club w latach 2010. – jest eksploatowany do granic możliwości, aż staje się symbolem czegoś, czego nikt nie chce reprezentować. Choć niektóre wzory są zabawne, nikt nie chce tłumaczyć, dlaczego nosi koszulkę z napisem „Big, Black, and Jacked” lub „Scissor Me, Daddy Ass”.
Koszulki zaprojektowane dla ściany, nie dla człowieka
Prawdziwy problem tkwi jednak w tym, że projekty koszulek wrestlingowych nie są tworzone z myślą o ludzkim ciele. Wyglądają jak plakaty powieszone na ścianie pokoju studenckiego obok Pulp Fiction i zwoju Naruto z chińskiej dzielnicy. Połowa z nich lepiej sprawdziłaby się jako tapety na komputer niż jako ubranie. Jako koszulki są po prostu bezużyteczne.
Czy jest na to lekarstwo?
Choć sytuacja wydaje się beznadziejna, niektórzy projektanci podejmują próby stworzenia wzorów, które będą zarówno modne, jak i funkcjonalne. Jednak większość fanów wciąż woli klasyczne koszulki z logo federacji, rezygnując z eksperymentów. Dopóki federacje będą stawiać na tanie, masowe produkcje zamiast jakościowych projektów, problem pozostanie aktualny.
Być może kiedyś ktoś wpadnie na pomysł, jak połączyć estetykę wrestlingu z realnymi trendami modowymi. Do tego czasu fani będą musieli zadowolić się kolejnymi „dziełami sztuki”, które trafiają do sklepów.