Byłem typowym przedstawicielem „starszego” pokolenia millenialsów – urodziłem się na początku lat 80. i pamiętam czasy, gdy telefony stacjonarne i kasety magnetofonowe były na porządku dziennym. W dzieciństwie sporo jeździłem minivanami, głównie marki Mopar. Pierwszy to był późny Plymouth Voyager z czterocylindrowym silnikiem i bez poduszek powietrznych, który szybko trafił na złom. Drugi – Dodge Caravan z silnikiem V6 od Mitsubishi – posłużył mi do momentu wyjazdu na studia. To była maszyna, która dosłownie rozpadała się w oczach: klimatyzacja nie działała, silnik cieknął olejem, a manualne szyby i przeciętny silnik dawno straciły swój urok. Ale miałem samochód. I choć był awaryjny, nigdy nie próbował uderzyć mnie w twarz.

Niestety, nie wszyscy mieli tyle szczęścia. W latach 90. General Motors wprowadziło na rynek minivany z charakterystycznym designem drzwi. Ich tylne krawędzie były wygięte do tyłu, niczym niewielkie skrzydła samolotu. Wyglądało to futurystycznie, ale miało poważną wadę: górna część drzwi była znacznie dłuższa niż środkowa, gdzie znajdowała się klamka. Różnica wynosiła kilka centymetrów, co w praktyce oznaczało, że pasażer wysiadający z pojazdu mógł zostać uderzony w twarz przez górną krawędź drzwi.

Problem był na tyle poważny, że GM zdecydowało się na „rozwiązanie”. Firma zaprojektowała specjalną część – numer katalogowy 10186057. Jeśli wpiszesz go w wyszukiwarkę, znajdziesz… naklejkę. Tak, to była oficjalna „naprawa”: naklejka z napisem ostrzegającym pasażerów, by uważali przy wysiadaniu, aby nie uderzyć się w twarz.

Dla kontrastu warto przypomnieć, że w tym samym okresie GM reklamowało model Oldsmobile Silhouette, chwaląc się swoim mistrzostwem w projektowaniu przemysłowym. Można by rzec, że to była ironia losu – i to podwójna. Po pierwsze, bo projektanci powinni byli przewidzieć ten problem jeszcze na etapie rysowania modelu. Po drugie, bo to właśnie pokolenie X, do którego należą moi znajomi, uchodzi za wynalazców ironii. Jak widać, historia lubi się powtarzać.

Źródło: The Drive